Głuche stukanie w szkło pustego kufla wyrywa mnie z zamyślenia. Czas iść do domu. Mówili, że w ROCK 69 będzie Big Party, dla mnie było the Bigest.

Jest dobrze. Kierunek barek. Przeciskam się przez tłum rozbawionych gości. To prawdziwy bieg z przeszkodami. Po drodze zaliczam cios z łokcia od tańczącej pary. Tuż przed osiągnięciem celu zyskuję gustowną plamę na mojej koszuli. Poproszę piwo…

Kiedy niespełna 4 lata temu nieśmiało sięgałem po pierwsze w moim życiu buty biegowe, o ultramaratończykach wiedziałem niewiele. Moja wiedza o nich nie była większa niż o biegaczach z plemienia Tarahumara, zamieszkujących Amerykę Środkową. W moim ówczesnym przekonaniu, pierwsi byli grupą ześwirowanych facetów biegających po górach – drudzy podobnie, choć góry zamienili na bezdroża meksykańskich wyżyn. Rok później dotarła do mnie „porażająca” informacja, że w mojej grupie biegowej również są „ześwirowani”. Jakkolwiek by ich zwać, ultramaratończyk był rodzaju męskiego, herosem, piekielnie twardym i nieustępliwym. Był prawdziwym mężczyzną. W wypełnionej tym przeświadczeniem głowie, nie było miejsca na żadne odstępstwo. Nie wiedziałem wtedy, że za 2 lata moja teoria legnie w gruzach i ultramaratończyk stanie się…kobietą.

II edycja Rykowiska przechodzi właśnie do historii. Niespełna tydzień po tym wydarzeniu, kiedy emocje nie zagłuszają już obiektywnego spojrzenia wstecz, czas na krótkie podsumowanie tego, co się wydarzyło.

Narodziny
Jak to mówią, kogo nie ma na facebooku, ten nie istnieje. Rykowisko przychodzi na świat 26 lutego 2015, choć w głowach poczęło się znacznie wcześniej. Rodzi się w radości i w ciszy, w kręgu najbliższych, wpatrzonych z zachwytem w swoje dziecko.

Kiedyś wpadł mi w ręce cytat Alberta Einstaina „Monotonia cichego życia pobudza ludzi do twórczości”. Wtedy tego nie rozumiałem. Do teraz.

Edmunda znam od niedawna. W grupie biegaczy, zawsze szukałem brodatego, starszego jegomościa, kogoś hałaśliwego i gadatliwego, faceta, który aktywnie udziela się podczas biegu. Pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy wskazano mi palcem cichego, grzecznego, skromnego gościa i miałem wrażenie nieco nieśmiałego. To był on. Edmund. Człowiek z Lasu.

Kiedyś chciałem być „Ultrasem”. Dziś, moje „kiedyś” oznacza „nigdy”. Dwa maratony…walka z czasem..kontuzja..stop. Wystarczy.

Czasem mi się zwyczajnie nie chce. Niekiedy, droga z kanapy do szafki z butami, to dystans ultra. Czasem, powiedzieć sobie - wyjdź i biegnij, to jak wmówić sobie, że meta ultramaratonu jest tuż za rogiem. A potem wreszcie wybiegam. I mam w głowie milion refleksji.

Jeśli chciałem być ultramaratończykiem, to znaczy, że kim chciałem być?

Józka nie znał nikt i nikt go nigdy nie widział. Nieliczni słyszeli o jego chacie i to oni dali sygnał.

Sobota wczesny ranek. Wyjątkowo tego dnia spotykamy się u Edmunda. Wyjątkowo, bo i czas jest szczególny. Tradycyjny cross w grupach, tempo konwersacyjne. Czas Świąt siłą rzeczy zmusza do refleksji, wyhamowania, skupienia się na ludziach. Wśród nas pojawiają się nowe twarze. Nie możemy pozwolić, żeby czuli się obco.

Miało być słonecznie. I było. Miało być ciepło, ale nie było. Mimo to wytargałem z szafy cały sprzęt fotograficzny i ruszyłem na Edmundowe bieganie. Nie co dzień bowiem kręcą w miejscowych lasach film. I to jaki. O pierwszym na Mazowszu ultra biegu – RYKOWISKO

Niedziela 8 rano, tłum na parkingu większy niż zwykle – to aktorzy, wszyscy pierwszoplanowi, bo wśród biegaczy nie ma lepszych i gorszych, nie ma gwiazd i statystów wszyscy są klasą dla siebie. Są najlepsi.